Księga marzeń

~dodaj marzenie~
~wróć~

Archiwa:

2009
grudzień
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
luty
styczeń
2008
listopad
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty

Linki:

Moi...
dziewczynka z pudełka
śmiertelna cisza zadziwiająco dużo podobieństw
Moja kochana mroczna cudowna i ważna osoba



Autor:agnieshka
Dla: Bloguj.Net

blog.pl




2009-12-16 18:09:38 >> .

Szaleństwo puka do moich drzwi w wślizguje się niepostrzeżenie, cicho zaskakując mnie. Zdarza mi się taka chwila codziennie, wtedy mam wrażenie jakby świat był za szybą. Czuje się samotną wyspą oddaloną od wszystkich i wszystkiego. Na ile sobie to wmawiam a na ile faktycznie to się dzieje nie jestem w stanie powiedzieć. Wszędzie czuję się nie na miejscu. Niegdzie nie pasuje. Niegdzie nie jestem wystarczająco dobra. Lista moich niedostatków urasta nagle do rozmiarów wręcz niewyobrażalnych. Nie mogę się skupić, moje myśli są bowiem pochłonięte szkalowaniem mojej osoby. Nic nie jest we mnie takie jak być powinno. Jestem za mała, za głupia, za brzydka, zbyt mało wrażliwa, za słaba, zbyt nieprzystosowana. Jakiś koszmarny lęk nagle na mnie spda czuje dreszcze na plecach i uścisk w żołądku. I boje się po prostu się boję.

Usiłuję się skupić na czymś, zająć tym czym powinnam czyli nauką. Ale nie mogę się momentami skupić, chce to z siebie wylać ale nie mam jakby do kogo, wstyd mi zajmować kogoś moimi niedyspozycjami. Cyba dlatego muszę to napisać, żeby się wewnętrznie oczyścić i móc pracować.

Schamiałam, czuję to. Wsiąkam w swoje środowisko i to mnie przeraża nie chcę być jak ludzie, którzy mnie otaczają. Nie chce zaprzepaścić swoich marzeń.

skomentuj (6)




2009-09-24 18:21:11 >> .

staram się jak moge byc narmalna. Prawie się już przyzwyczaiłam, na prawde. Tylko ciągle mam wrażenie że siedzie w szklanej bańce odgrodzona od ludzi jakąś niewidzialna barierą chłodu emocjonalnego. Nie objawia się to w żaden szczególny sposób. Tylko chyba dla mnie jest odczuwalny ten dystans.  Spotykam się z ludzmi chodzę na imprezy chodzę do szkoły do lekarza na zajecia a nawet ostatnio poszłam potańczyć. To dla mnie względna nowość. Nie chodzi o sam taniec ale raczej o to jak go odbieram. Otórz kilka dni temu tańczyłam po prostu dla samej przyjemnosci tańczenia nie po to żeby znaleźć kogoś dzieki komu uda mi sie oszukać samotnosc na jeden wieczór. Co wiecej bawiłam się bardzo dobrze mimo że byłam pijana tylko odrobinę a nie jak to jeszcze nie tak dawno bywało prawie do nieprzytomnosci. A nawet miałam głęboko w dupie fakt że mój makijaż prawdopodobnie sie rozmazał... Całkiem nowe doświadczenia i całkiem przyjemne muszę powiedzieć.Chyba nawet to powtórze no tylko może daruje sobie w przyszłości wchodzenie na stół...


Zrzera mnie straes przedmaturalny. Dostaje na tym punkcie wręcz napadów panicznych.I pomyśleć, że jest dopiero wrzesień... Boję się nawet przypuszczeć jak to wszystko bedzie wyglądać w okolicy marca albo kwietnia. Czasami jak to głębiej analizuje to myśle sobie "tak wszystko bedze ok zdam bez wiekszych problemów" a za 10 minut dostaje ataku niemal apoplektycznego i w panice dochodzę do oczywistego faktu że jestem głupia jak but, że mam za mały zasób słownictwa, że jestem nieświadoma społecznej rzeczywistości wokół mnie, ze tak na prawde całe życie tylko robię wrażenie, że mam jakieś początki alzheimera. Do tego jeszcze dochodzi obsesja braku czasu. Wciąż nie mam czasu a mam tyle do zrobienia. W rezultacie krece sie jak kundel goniący własny ogon i tak się skupiam na tym kreceniu że ostatecznie ta resztka czasu przecieka mi miedzy palce a roboty nie ubywa tylko siły. Brak mi systematyczności to mój najgorszy problem, pół życia przejechałam na błyskotliwym jako tako kojażeniu faktów bez porządnego merytorycznego fundamentu i teraz to właśnie bez litości mści się na mnie...
A myslałam że jestem taka cwana.
 
 Do tego jeszcze mój organizm usilnie upomina się o swoje. Ciało postanowiło mi dobitnie udowodnić że jednak odżywianie się przez dwa tygodnie tylko kawa lekami (na grype, tarczyce i nie wiedomo ile jeszcze innych niewydolności) i alkocholem nie jest dokładnie tym co "robi mi dobrze". Oczywiście zdarzało mi się jeść czasem co innego ale miało to dziwny zwyczaj lądowac w klozecie po najdalej 10 minutach od zakończenia konsumpcji. Zasadniczo jedynym co mnie pohamowało jast fakt że zaczynaja mi puchnąć ślinianki...
To bardzo zle. widziałam jak to wygląda w zaawansowanej formie i powiem że nie jest to zbyt fajne. Zasadniczo człowiek przypomina wtedy  skrzyżowanie chomika z żubrem czyli wyrastaja mu wielkie poliki, a łałok wisi pod broda.

Powróciło moje bezczelne sarmackie niemal przeświadczenie o własnej wartości i wyjątkowości. Aby uratować się przed narcyzmam postanowiłam rozważyć logicznie kwestię swojej wyjątkowości: wnioski były niepowiem całkiem ciekawe chciaż i nieco przykre ale ostateczna konkluzja jest taka: weź no ty sie dziewczyno wreszcie za morde bo marnujesz predyspozycje za które inni dali by sie pokroić.
No i co ja do cholery moge poradzić na moje rozbuchane ego.
skomentuj (8)




2009-09-05 15:11:28 >> ,

No i cóż... chyba się ogarniam.

Z całą pewnością mój nastrój uległ poprawie a stopień socjalizacji jest wręcz zastraszający...
Chyba wracam do dawnej formy i mam takie dziwne acz bardzo przyjemne uczucie, że jakby wracam do siebie, znowu jestem jakby w swojej skórze. To troche jak wejść ze śnieżycy do ciepłego domu i usiąść w ulubionym wytartym strym fotelu. Biore grzecznie swoje tarczycowe magiczne tabletki i myślę że to troche jednak pomogło, ale przedewszystkim pomaga fakt że usilnie staram sie przestać być cynikiem-czarnowidzem. I sporym nakładem sił duszę w zarodku wszelakie doły, co chyba nie jest bez znaczenia. czasem po prostu zmuszam się żeby ruszyć dupe z domu nawet jeśli moja fobia społeczna wrzeszczy w niebogłosy w napadzie paniki...

Ale jednak nie może być zupełnie różowo... W sumie zasadniczo nie jem i daje mi to słodkie samozadowolenie zaprawione goryczką poczucia winy. Jestem tym szczęśliwsza im bardziej głodna im bardziej lekka... Wiem że powinnam chodzić na terapię, ale nie chce, nie mam ochoty grzebać w gównie i nie mam motywacji która dałaby mi siłę na ciężką prace jaką jest porzadna terapia...

Poza tym zastanawiam się czy nie zatraciłam równowagi w inną stronę, czy nie zamieniłam odciętej od swiata samotni na wieczną impreze i ustawicznego kaca(nie tylko moralnego niestety choć i tego mi nie brak). Od 2 tygodni zasadniczo wiecznie mnie nie ma i nie wracam raczej do domu przed północą. To takie podobne do dawnej mnie i tak uroczo znajome, ale nie jestem pewna czy aby jest to dobre połączenie gdy w grę wchodzi klasa maturalna. No bo tak się złorzyło że matura czeka mnie własnie w tym roku, a to oznacza że trzeba nadrobić 2 lata opierdalania się żeby ją jakoś sensownie zdać i nie zakończyć swego życia zawodowego jako konserwator powierzchni płaskich...

Myślę że to chyba jest mój największy problem. Że nie umiem znaleźć punktu optymalnego, jakiejś równowagi. I mam też dość meczący lęk, mianowicie boję się panicznie że moje lepsze samopoczucie nagle zniknie bez sladu i znowu bede siedziec po uszy w bagnie.
skomentuj (1)




2009-08-27 23:55:57 >> .

Po wielu przemyśleniach dochodzę do wniosku że należałoby wreszcie przestać się rozczulać nad sobą a zamiast tego wziąc sie za siebie i spróbować być szczęśliwym. Niby nic odkrywczego, ale dla mnie ta świadomość jest swego rodzaju nowością.
Po prostu tak ostatnio pomyślałam, że bycie nieszczęśliwym jest stosunkowo łatwe do zrobienia i względnie wygodne bo nie wymaga wysiłku ani inwencji, natomiast o szczęście trzeba zabiegać.
Zdałam sobie sprawę że w ostatnim czasie spierdoliłam wiele rzeczy i skrzywdziłam wielu ludzi swoim egoizmem i humorami i chyba nie chcę żeby tak było dalej. Smutna prawda jest też taka że tak w gruncie rzeczy świata nie obchodzą problemy jednostki a tym na kim to się tak na prawdę mści jestem ja i Ci nieliczni ludzie którym na mnie zależy. To paskudna świadomość.

Chcę, na prawdę chcę się przełamywać i chcę być szczęśliwsza. I postaram się próbować. Wiem że będą złe chwile...

Zasadniczo pozostaje tylko jedno czego na razie nie chcę ruszac i są to moje zaburzenia odżywiania. Cóż to jest coś z czego nie umiem chwilowo zrezygnować. Nie potrafie porzucić mżonki o lepszym chudym jutrze... Jakkolwiek zdaje sobie sprawę że moja choroba się pogłębia postaram się jednak nie taplać w rozmyślaniach o tym jaka to jestem biedna i wyjątkowa.

Bo to wszystko gówno prawda
skomentuj (3)




2009-08-16 06:55:11 >> rozważania efemeryczne na tematy metafizyczne

tegoroczne wakacje mogę oficjalnie uznać za najgorsze jakie kiedykolwiek przezyłam, a bywało już i nudno i dennie i szpitalnie. Zasadniczo można powiedzieć że brak jakichkolwiek atrakcji zawdzięczam w części okolicznosciom a w części sobie samej. Poniekąd marynowałam się we własnym niewesołym towarzystwie z wyboru. Ale jakoś mam niska potrzebę socjalizacji a nawet moje libido postanowiło wyemigrować gdzieś w odległe strony, no a przynajmniej na tyle daleko ze od conajmniej miesiąca się nie widzieliśmy... Ostyatnio obrzydzeniem napawa mnie ludzki dotyk nie jestem w stanie go znieść. Jednocześnie oczywiście czuje się chora z samotności... Koszmarna sprzeczność, niemożliwa do obejścia bo zawsze kiedy spotykam się z ludzmi przez pierwsze 2 godziny mam ochote uciec, póżniej kiedy wreszcie zwieje i docieram do pustego domu to żałuję, że tak szybko uciekłam...

Od endokrynologa dostałam magiczne tabletki, które mają poprawić mój stan psychiczny poprzez wyrególowanie mi hormonów tarczycy... Matka oczekuje cudu nad Wisłą z racji faktu że biore te proszki, to trochę deprymujące jako, że ja raczej nie dostrzegam jak na razie żadnej cudowności i głupio jest mi mówić jej kazdego dnia, że dalej czuje sie tak samo beznadziejnie, momentami czuje się wręcz zobligowana skłamać i powiedzieć że jest lepiej żeby spełnić jej nadzieje ale wiem, że to niczego nie rozwiąże , a w każdym bądz układzie nie na dłuższą metę.

Fakt że odseparowałam się od ludzi sprawił, że czas który przeznaczam na bezsensowne rozmyślania uległ nagłemu pomnożeniu. Konkluzje, jak zawsze w moim przypadku smutne. Otórz pierwszy koszmarny wniosek jest taki, że na prawdę nie jestem sobie w stanie przypomnieć kiedy ostatnim razem byłam szczęśliwa i trzeźwa jednocześnie... To mnie przeraża, a jednocześnie prowadzi do pytania co tak na prawde jest w stanie dać mi szczęście, czym ono tak na prawde dla mnie jest. Zastanawiam się czy szczęście jest celem człowieka samym w sobie czy jest rodzajem nagrody otrzymanej po osiągnięciu celu, czy może czy może polowanie na stan szczęśliwości u każdego człowieka jest inne. Bo że wszyscy dążymy do bycia w jakiś sposób szczęśliwym nie ulega kwestii, przynajmniej w moim pojęciu swiata.

Kolejna przykra konkluzja jest taka że czuje się nikim. Oklepana fraza, zdaję sobie z tego sprawę, ale w moim przypadku jeszcze nigdy nie było czegoś takiego. Mimo wszystkich swoich kompleksów, mimo chorobliwej nienawiści do samej siebie jakby nie patrzeć jestem jednak narcyzem. Ciężko mi się do tego przyznać i bardzo mnie irytuje gdy ktoś mi wypomina moją miłość własną ale od dawna zdaje sobie sprawę, że moje ego jednak jest całkiem sporych rozmiarów. Trudno mi zrozumieć jak jednoczesnie mogę czuć się czasami jak łajno i jak nadczłowiek. Pewnie jest na to jakieś zaburzenie ale chyba nie chce wiedzieć jakie. Z nadmiaru czasu i złej woli zaczęłam ostatnio rozważać jaki jest rozdźwięk pomiędzy tym jak ja siebie widzidzę, jakie jest moje wyobrażenie o sobie, a jak jest na prawdę, jak widzą mnie inni. W sposób przykry z tych rozmyślań wynikło stwierdzenie, że według mojego pojęcia dobra ogólnego ludzi mojego pokroju powinno się odstrzelić bo zatruwaja innych.


skomentuj (3)




2009-07-18 00:28:40 >> NFZ vol 2

Jak widać pewne prawidłowości muszą być w świecie zachowane. Zawsze coś musi iść nie tak a ja zawsze w wakacje muszę trafić do szpitala, tym razem jednak niespodzianka polega na tym że nie na oddział psychiatryczny. Całkiem miła odmiana... Moje hormony ogłosiły strajk, i w zwiazku z tym jestem dość rozrególowana...

Dochodzę do wniosku że mimo braku wzajemności służba zdrowia musi darzyć mnie rodzajem bliżej niezbadanego sentymentu... Teoretycznie położą mnie tylko na kilka dni ale z nimi nigdy nie wiadomo jedno mówią drugie robią, mam tylko szczerą nadzieję, że 29 lipca bedę w pociągu na woodstock a nie w szpitalnym łóżku... Oczywiście byłoby miło gdyby poza wypuszczeniem mnie na wszechwielkie święto brudu chlania i hare kriszna jeszcze mi pomogli, ale cóż wiem że nie można mieć wszystkiego...
Względnie kompetentna pani doktor stwierdziła dzisiaj że cała moja psychiczna równia pochyła wynika z hormonów, ale tak na prawde dopiero badania potwierdzą szczegóły... Ogólnie było by całkiem miło gdyby się okazało, że istnieje szalona magiczna, legalna tabletka szczęścia, która nagle sprawi że stane się miła zdrowa szczęśliwa i podatna na procesy społeczno-socjalizacyjne a mój cynizm i zgorzknienie staną się tylko wspomnieniem minionych dni ale nie wierze w cuda bo nie zdarzają się aż tak licznie jak to się powszechnie uwarza... Poza tym perspektywa brania proszków i bycia od nich zaleznym do końca życia nie brzmi zbyt różowo.

Obawiam się tego co wyniknie z całego tego szpitalowania a przedewszystkim z badań, bo jako laik nie mam pomarańczowego pojęcia czy w takich badaniach wychodzą substancje które zażywałam w ostatnim czasie i powiem tylko że mam szczerą i pobożną nadzieję że tak nie jest bo większość z nich nie jest legalna w naszym pięknym nadwiślańskim kraju... Martwie się też że w morfologii wyjdą wszystkie moje głodówki, które nawiasem mówiąc na chuj się zdały bo mimo że nie jem zasadniczo prawie nic to i tak tyje. Podobno to też kwestia hormonów i jawnego buntu mojej tarczycy która najwyraźniej postanowiła wypowiedzić mi posłuszeństwo. Pominąwszy jednak wszelkie logiczne i rozumowe argumenty ja wciąż nie pojmuję jak człowiek może nie chudnąć a wręcz tyć jedząc 300 kcal dziennie, to po prostu wymyka się moim procesom analizy faktów

Jezu jak ja nie cierpie lekarzy, chociaż fryzjerzy też wzbudzają we mnie uzasadniony niepokój to jednak lekarze są gorsi...Kiedy sobie pomyślę że oni bedą mnie otaczać przez cały czas robi mi się niedobrze co wziąwszy pod uwagę moją bulimię jest całkiem niepokojące. Ale może warto się przemęczyć, może to faktycznie coś da i moje gruczoły dokrewne zaczną na powrót posłusznie odrabiać folwark zamiast hasać gdzie dusza zapragnie. Myślę że byłoby to całkiem uprzejme z ich strony.

No ale tak czy inaczej do szpitala idę dopiero za kilka dni a to oznacza że dzisiaj mam inny priorytetowy dylemat: chlać czy nie chlać oto jest pytanie ?!
A odpowiedz i tak zawsze jest taka sama i zostaje tylko niejasna wątpliwość czym zapijać...

skomentuj (4)




2009-07-12 04:22:41 >> ...

Sama siebie nie rozumiem. Nie wiem jak mogę to robić, przecież boję się bólu jak każdy człowiek. Perspektywa fizycznego cierpienia mnie przeraża i robię wszystko żeby tego uniknąć. Patrząc na czarne dziury które wypaliłam sobie w skórze nie mogę się nadziwić jak to się dzieje. Może są po prostu rzeczy gorsze niż ta odrobina bólu wywołana przyciśnięciem peta do ciała tak aby zgasł...

Dawno już tego nie robiłam, będzie może pół roku może nawet więcej, ale ostatnio coraz częściej o tym myślałam, o tym uczuciu spokoju. Jak morze uspokajające się po sztormie. I w końcu moje bariery pękły, tym razem sztorm by mnie zatopił. Nawałnica myśli, kłębiących i atakujących jadowicie była tak obezwładniająca, że nie byłam w stanie wytrzymać. Wszystkie one sączyły we mnie jedno konkretne polecenie, jeden rozkaz: zdychaj szmato!

I przysięgam że miałam ochotę zabić gołymi rękami człowieka który pół roku temu ściągnął mnie z drzewa, pragnęłam wbić paznokcie w jego twarz i rozorać mu skóre za nieproszony altruizm i za to że zachciało mu się spacerów o 4 nad ranem. Pierdolony fan joggingu.

Przewracałam się w łóżku w cimnym cichym domu i chciałam krzyczeć i walić głową o ściane, ale nie chciałam żeby się obudzili i zaczeli mnie szarpać krzyczeć że wezwą karetke i znowu będzie szpital. Myślałam że mózg mi eksploduje, chciałam przesać istnieć, prochy nie działały. Przed oczami przewijały mi się retrospekcje z ubiegłych prób i miałam ochote znowu wejsc na parapet ale tym razem nie trzymać się okna i pozwolić swojemu ciału opadać swobodnie przez ułamek sekundy zanim zamienię się w mokrą plame na rabatkach kwiatowych pod blokiem.

Nie miałam już siły. Pretensje pretensje ciągle z każdej strony, wieczne niezadowolenie. Zdemolowałam cały pokój szukając papierosów. W końcu znalazłam jednego ostatniego i miałam świadomość że to musi wystarczyć. Bałam się palić na parapecie tak jak robię to zawsze, pokusa byłaby zbyt silna, więc wcisnęłam sie w małą szczeline między szafą a fotelem, pod placami czułam ścianę dającą mi okruchy poczucia bezpieczeństwa. Pochłaniałam dym łapczywie jak zagłodzony pies ukradzione mięso. Spazmatycznie kiwając się jak dzicko z chorobą sierocą. Nikotyna nie dawała ukojenia ale powili uspokajałam się ukołysana perspektywą bólu. doszło do filtra... zgasiłam na ślepo na prawej kostce , nie byłam pewna chyba trafiłam na inną blznę ale nie było to w tym momencie zbyt istotne. Liczyło się tylko to uczucie setki szpilek wbijanych w jedno miejsce, opanowałam odruchy i przycisnęłam mocniej rece przestawały mi się powoli trząść. Na mój umysł opadła chłodna cudowna mgła spokoju, wręcz otępienia, tafla moich myśli stała sie gładka a ja siedziałam na brzegu wyrzucona przez fale ledwie przytomna ale świadoma że sztorm ucichł.
Za oknem chyba zaczynało świtać niebo robiło się szaro-różowe a ja siedziałam bezwładnie jak kukła w kącie pod ściana niezdolna się ruszyć z petem w reku obserwowałam zza kurtyny zmierzwionych włosów jak leniwie wstaje słońce. Obudziłam się w łóżku chociaż ciągle nie wiem jak tam dotarłam, nie pamiętam tego, ale jestem pewna jednego, tego że pierwszy raz od wielu dni nie miałam koszmarów, spałam spokojnie, jak dziecko...
skomentuj (5)